Piątek
15 Grudnia

Sob





Maciej Bochnowski

Nie jestem tanią rozrywką

Z Piotrem Polkiem, aktorem, piosenkarzem, elektrykiem, z zamiłowania stolarzem rozmawia Jakub Małkiński

Podczas Lipcowego koncertu do północy wprawił pan pruszkowską publiczność w nastrój radości. Jak to się robi?
Nie wiem. Wydaje mi się, że trzeba być po prostu szczerym w tym, co się mówi, kim się jest, a przede wszystkim w emocjach. Można mówić różne słowa, ale pewnie największy udział w nawiązaniu relacji z publicznością mają emocje. Występuję od 30 lat, ale scena teatralna jest zupełnie innym środkiem przekazowym. To skupienie, cisza, a w przypadku koncertu mieliśmy do czynienia z parkiem, który jest ogólnie dostępny. Każdy może wejść lub wyjść w momencie, który mu się podoba. Mimo tego udało się skupić uwagę na muzyce, historiach, a to świadczy bardzo pięknie o pruszkowskiej publiczności, która słucha. Jeżeli człowiek nie słucha, to mało co go obchodzi. Podczas koncertu było jasno, na twarzach zebranych widziałem skupienie.
Myślę, że to przede wszystkim zasługa tej część publiczności w Pruszkowie, która chce takich spotkań. Nie biega za miejscami ogólnie dostępnymi, chociaż czasem za darmo, ale niemającymi wiele wspólnego z kulturą. Są tanią rozrywką. Ja nią nie jestem. Próbuję powiedzieć coś więcej, tym bardziej, że publiczność zna mnie z zupełnie innej strony. Nierzadko ma też zaburzony obraz przez postaci, które gram. Cieszę się, że ktoś może poznać mnie prywatnie, jakim jestem człowiekiem, a nie tym w mundurze czy kitlu.

Ile prawdy jest w tym, że chemia, która wytwarza się między artystą a publicznością nakręca występującego?
Bardzo! To jest pewnie taki mechanizm, który działa w dwie strony, a nie tylko w jedną. Takie dwie egoistyczne strony ciągnące z siebie energię, Ja z publiczności, pewnie zgromadzeni ze mnie albo z tego, co dochodzi do nich ze sceny. Nie oszukujmy się – to uskrzydla, dodaje wiary, fajnej pewności siebie, że historię, którą się opowiada jakby trafia do serca. Z sercem się nie polemizuje, nie kłóci. Sercem się kocha, więc łatwo jest wpaść w taką bliskość.

Stał pan w kolejce po talenty. Elektryk, aktor, piosenkarz, stolarz. Jak pan to połączył?
Każda z tych przygód jest gdzieś ze sobą związana. To nie jest oderwane od tego, co robię. Niezależnie, czy to będzie aktorstwo, muzyka czy pasja meblarska. To jest coś twórczego. Człowiek sobie coś wyobrazi, czasami narysuje, stworzy i wykreuje. Albo dziwny nowy świat, klimat, postać bądź mebel. To wszystko jest w głowie i nie uważam, żeby były to jakieś bieguny. Skoro o biegunach mówię, wiadomo, że jest plus i minus. Ta część elektryczna we mnie, po technikum, znajduje się w pewnym sensie najdalej. Ale ona dała mi bardzo nieartystyczne, ale trzeźwe spojrzenie na życie. Ten zawód pozwolił mi „dotknąć prądu i zobaczyć, co to znaczy”, czyli „dotknij życia i zobaczysz jakie ono jest”. My żyjemy w takiej lekkiej iluzji, takim ciepłym, fajnym kloszu – to są artyści w swoim świecie, który nie zawsze trafia do widza. Mam wrażenie, że mam niewiele wspólnego z nim, ponieważ w każdej części mnie jest kawałek tego, co robiłem. Ten elektryk, który może lekko nie pasuje, a gdyby nie on nie miałbym rysunków technicznych. Gdyby nie one, pewnie nie projektowałbym mebli. Nie mam czegoś takiego, żebym był oderwany od natury mnie, czyli czegoś poszukującego, twórczego. Jestem wodnikiem i zawsze powtarzam, że dla mnie nie jest interesujące to, co widać, a to, czego nie widać. Coś za widnokręgiem – to mnie pociąga. Mówię metaforycznie, symbolicznie, ale jest coś takiego. Mebel potrafi być dziełem sztuki, tak jak obraz, sztuka, film, więc nie widzę żadnej różnicy.

Jak narodziła się u pana pasja meblarska? Kolejne wyzwanie?
Zadziałała zwykła ludzka przekora. Uważałem, że niemożliwa jest propozycja zrobienia projektu mebla za niewiarygodnie wysokie pieniądze. Pomyślałem: Boże, to nieprawdopodobne, przecież to nie może być takie skomplikowane. Tak mi się wtedy wydawało. Stamtąd udałem się do najprostszego sklepu. Kupiłem co chciałem, zrobiłem mebel, ten który chciałem mieć. Wyglądał koszmarnie, ale nie to było najważniejsze. Nagle myślę sobie: Boże, jaka to przyjemność – oddalić się od świata, któremu cały czas towarzyszę. Jakie to cudowne skupić się na czymś, nie być od nikogo zależnym, a jednocześnie coś stworzyć. To był mój relaks. Pomimo, że fizyczne pracowałem bardzo ciężko. Na każdy mebel trzeba poświęcić kilkanaście godzin. Nie tylko projektuję, ale i wykonuję, a więc jestem zwykłym stolarzem. Mimo to mam tak przewietrzony umysł, tyle energii. Pierwszy model, który mi nie wyszedł mam na pamiątkę. Był przyczynkiem do tej przygody, która trwa już 22 lata i ma za sobą ponad 120 mebli.

W 1990 roku wyjechał pan do Francji. Co było powodem tej decyzji?
Zostałem zaproszony przez moją francuską agentkę, z którą podpisałem umowę o współpracy po festiwalu filmowym w Cannes, gdzie byłem z filmem „I skrzypce przestały grać”. Tak się to zaczęło. Musiałem wybrać tylko moment, w którym miałem przyjechać na pięć miesięcy. Okazało się, że zostałem tam na cztery lata. Mogę powiedzieć dzisiaj z perspektywy lat, że nauczyłem się języka, poznałem ludzi i nabrałem pokory. Z tych wszystkich lekcji ta ostatnia jest najlepsza, jaką życie kiedykolwiek mi dało – pokory tzn. na wszystko trzeba bardzo ciężko zapracować. Ambicja ambicją, potrzebna jest cierpliwość i czasem trzeba znać swoje miejsce. To bardzo pomaga w życiu. Jeżeli dzisiaj coś nam się nie udaje, a Francja była tego przykładem, to uda nam się w najmniej oczekiwanym momencie w życiu. Wtedy, kiedy pomyślimy sobie: Boże, teraz? Właśnie teraz! Tam to nie był ten czas. Kiedy skończyłem szkołę muzyczną na akordeonie pomyślałem sobie: Boże, jaki wiejski instrument mi się trafił. Po wielu, wielu latach odkryłem, że jestem z tego dumny. Pomimo całej mojej historii, nagle dostrzegłem, że potrafię coś, czego nie umie wielu muzyków. Akordeon stał się swego czasu instrumentem dosyć popularnym. Po wielu latach Francja w mojej karierze odcisnęła wielokrotnie swoje piętno na wszystkich tych produkcjach zagranicznych, w których brałem udział. A tam byłem zrezygnowany. Wydawało mi się, że straciłem cztery lata. Do tego stopnia, że kiedy dostałem propozycję teatralną byłem tak zmęczony, że postanowiłem z niej zrezygnować i wrócić do Polski. Oczywiście na zaproszenie mojego dyrektora teatru, który chciał, żebym wrócił i przestał jeść bagietkę i pić czerwone wino. Miałem ten impuls, ale nie zastanawiałem się długo. Nie chciałem zostawać we Francji za wszelką cenę. Poznałem ludzi, język, mam inne horyzonty patrzenia na wszystko: na zawód, ludzi, biznes, show biznes itd. Nie ma pewnie takiego okresu w życiu człowieka, który można by nazwać jałowym. Byle jaki jest po coś.

Zatem warto zbierać doświadczenia. Kiedy publiczność może spodziewać się kolejnego albumu Piotra Polka?
Powiem tak: nie jestem artystą, który jak nie ma nic do powiedzenia, będzie nagrywał, ponieważ to jego byt. To nie jest mój byt, lecz przyjemność, pasja. Zacząłem już pracę nad kolejnym fajnym muzycznym projektem, w którym będę jeszcze bardziej szczery. Ale nie chodzi mi o moje życie, tylko o zawód i show biznes.

Mylą pana czasami na ulicy z inspektorem Orestem Możejko?
Nie mylą nazwisk, natomiast traktują tak jakbym był podpułkownikiem policji. Rozmawiają ze mną „panie Piotrze”, ale na twarzy mają taki lekki dystans i szacunek. Co dziwne, głównie mężczyźni. Uwielbiają się ze mną fotografować, bo jestem kimś takim mocnym, komendantem, szefem. Ale to bardzo miłe.


Jakub Małkiński
jakub.malkinski@wprmedia.pl

Podobne artykuły


baner

Komentarze | 1

captcha

Klikając "Dodaj komentarz", akceptujesz regulamin dodawania opinii.

Gość

Ten wspaniały aktor, jeżeli tylko raz skrytykuje rządzących na scenie z miejsca stanie się beznadziejnym aktorzyną, zdrajcą i komunistą. Tak działa klika pisowska